Przeglądając codzienną dawkę informacji z kanałów RSS zauważyłem (po raz kolejny z resztą) następną “tematyczną” dystrybucję Linux’a. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że liczba dystrybucji tego systemu urosła przez ostatnich parę lat do zastraszającej wartości.
Przeglądając DistroWatch można dojść do wniosku, że dystrybucji Linux’a jest więcej niż potrzeba. Przybliżę tutaj fakt, iż spokojnie można naliczyć ponad 1000 (dalej nie miałem już siły liczyć). Moje pytanie: czemu mają one służyć?
Warto tutaj przyjrzeć się samemu środowisku OSS (open-source software). Środowisko to (bardzo mi bliskie z resztą, jako że sam jestem zwolennikiem Linux’a i otwartego opgramowania) jest bardzo zróżnicowane, zarówno pod kątem jego członków, jak i samych koncepcji. I na poziomie koncepcji tkwi największy jego problem. Dużo, naprawdę dużo osób uznaje za słuszne następujące podejście: “hmm… ten produkt nie ma tego, co mi potrzebne… to napiszę własny, lepszy”. I w ten oto sposób powstaje dużo różnych programów, których średnia długość życia nie przekracza czasami nawet miesiąca.
Podobnie jest z dystrybucjami Linux’a. Biorąc pod uwagę fakt, iż jest to cały czas jeden system, z (w większości) tym samym zestawem pakietów oprogramowania. Mamy więc dystrybucje user-friendly, których twórcy postawili sobie za punkt honoru udostępnienie Linux’a jako alternatywy dla Windows jak największej rzeszy użytkowników. Mamy dystrybucje serwerowe, które mają za zadanie zapewnienie jak najlepszej “podstawki” pod komputer działający, jako serwer. Mamy dystrybucje źródłowe (kompilowane własnoręcznie), których celem jest jak największa optymalizacja i konfigurowalność pod konkretną architekturę/sprzęt. Mamy też tzw. dystrybucje LiveCD, których celem jest przeważnie albo zapewnienie narzędzia ratunkowego, albo prezentacja jakiejś nowej, rewolucyjnej technologii.
Nie było by z tym podziałem żadnego problemu, gdyby nie fakt, że zamiast łączyć się w celu zrobienia jak najlepszej dystrybucji pod dane środowisko, developerzy często stwierdzają coś w stylu “zrobimy to lepiej niż oni”. I tak oto mamy mnóstwo różnych dystrybucji user-friendly, LiveCD i bardzo tematycznych, np. zapewniających możliwość uruchamiania aplikacji Windows, akcelerację 3D czy inne rzeczy, które bez problemu można przy odpowiednich środkach ująć w jednej dystrybucji.
Usprawiedliwieniem tego stanu rzeczy NIE JEST fakt, iż łatwiej zrobić własną dystrybucję, niż zająć się poprawą oprogramowania w już istniejących. Niestety środowisko OSS słynie już z swojego “zrobimy to lepiej”, co niepomiernie mnie denerwuje, gdy widzę następne z kolei dystrybucje, robiące to, czy tamto, a jak już wspomniałem: każda dystrybucja dysponuje w ok. 99% podobnym zestawem pakietów oprogramowania.
Sytuację ratują trochę tzw. popularne dystrybucje typu Ubuntu, Redhat/Fedora czy mój stały ulubieniec: Gentoo, dzięki którym inne pomniejsze dystrybucje nie zagrażają ogólnemu podziałowi. Generalnie pamiętajmy, że niezależnie od dystrybucji:
- jest to ten sam system, bazujący na tym samym jądrze;
- każdy pakiet oprogramowania z jednego distro da się zainstalować na drugim;
Dlatego właśnie z jednej strony rozśmiesza, z drugiej natomiast martwi mnie ta sytuacja. Linux nie rozwija się tak szybko, jak by mógł, głównie z powodu charakteru samej społeczności open-source, która zamiast zebrać się “do kupy” i stworzyć potężny sztab programistów, projektantów, testerów i analityków, który stworzyli by jedną potężną, stale rozwijającą się dystrybucję (która udostępniana by była w różnych “smakach”: klient, serwer, binarna, kompilowana, etc.), ciągle dzieli się na mniejsze zespoły i realizuje własną koncepcję idealnego świata.


Your blog is interesting!
Keep up the good work!
Ciekawa strona, tak trzymac , pozdrawiam